niedziela, 4 maja 2014

wtorek, 13 grudnia 2011

PIERNIKI MOJEJ MAMY

Lubię pierniki, ale nie te twarde, wymagające leżakowania. W moim rodzinnym domu robi się pierniki, które można jeść od razu. Jedyna rzecz o której należy pamiętać to trzymanie ich w jakimś zamkniętym pudełku. Jeżeli tego nie zrobimy, stwardnieją na kamień. Wtedy też są dobre, tylko trzeba je moczyć w mleku;)

Pierniki są miękkie i bardzo aromatyczne, po prostu palce lizać.

Najważniejszym składnikiem w tym przepisie jest ciemny karmel. Właściwie to nie wiem do końca, czy to co robię można nazwać karmelem.
Moja Mama robi karmel inaczej a właściwie po swojemu, ale do końca nie pamiętam jak;) Ma patelnię, której używa tylko do przypalania cukru i właśnie to z nim robi. Jest to dla mnie nie do powtórzenia i przyznam się, że dokładnie nie pamiętam jak to wygląda. Moja rola w robieniu pierników ograniczała się do ich wykrawania i pieczenia. Z braku umiejętności robię pierniki w mniej spektakularnej wersji.

Pierniki mojej Mamy

1 kg mąki
0,5 kg cukru
0,125 kg miodu
0,250 kg masła
2 łyżki kawy (dobrej fusiastej zaparzonej w pół szklanki wody)
1/4 szklanki mleka
1 przyprawa do piernika
2 łyżki kakao
3 jajka
1 łyżka amoniaku

Kawę zaparzamy i odstawiamy do wystygnięcia.
Cukier, miód i masło rozpuszczamy i dolewamy mleko. Gotujemy aż zmieni kolor na karmelowy. Studzimy, ale nie musi być zupełnie zimne.

Mieszamy wszystkie suche składniki i dodajemy kawę (razem z fusami), jajka i karmel. Wszystko dobrze mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce na całą noc albo i dłużej (moje ciasto stało w lodówce 20 godzin).

Rozgrzewamy piekarnik do 180stC
Ciasto wałkujemy na grubość 0,5-1 cm i pieczemy ok 20 minut.

Przechowujemy w zamkniętym pudełku aż wszystkie zjemy;)

Grudniowo - piernikowo

Grudniowo - gradowo czuję się tak;)
Gdy pomyślę o wielbicielach  "gwiezdnych wojen" od razu milej mi się robi i lżej na duszy:)
Ciasto na pierniki czeka na mnie w lodówce i wieczorem będę szaleć z foremkami. Już się doczekać nie mogę.
Kto jeszcze piecze dziś pierniki?

piątek, 26 sierpnia 2011

CZAS

Miesiąc z okładem później i cały zapas słoików zakręcony.
Miałam w planach szwedzką sałatkę ale nie mam w co jej zawekować. Może za rok.

Bilans tegorocznych zapraw jeszcze nie został podliczony, ale mogę wymienić co mamy na półce. Bardzo nas cieszy: dżem truskawkowy, galaretka malinowa, galaretka z czerwonych porzeczek, galaretka z białych porzeczek, galaretka agrestowa, sok wiśniowy, jagody w cukrze, maliny w cukrze, dżem śliwkowy i śliwkowa nutella. Wszystkiego jakieś 100 słoiczków;)  W tym roku nie robimy musu jabłkowego i dżemu z moreli bo mamy jeszcze po 2 słoiczki i będziemy wyjadać inne pyszności. Moja Mama już mi zapowiedziała, że podzieli się ze mną domowym przecierem i ketchupem, kiszoną kapustą i ogórkami, już się zastanawiam czym się zrewanżować.

czwartek, 21 lipca 2011

GALARETKI I DŻEMY

Lato w słoiku to jest to co lubimy zimą najbardziej. Truskawki, maliny, agrest i porzeczki mamy już zasłoikowane;) Słoiczki stoją jeszcze nieopisane w kuchni, ale niebawem się tym zajmę i nawet robienie zdjęć mam w planie, więc powinnam o tym napisać;)

Mój sposób na galaretki jest bardzo prosty. Owoce gotuję a potem przecieram żeby pozbyć się pestek. Dosypuję cukru do smaku (wolimy mnie słodkie przetwory) i gotuję jeszcze trochę. I cała filozofia. Potem już tylko przelewam do słoiczków i pasteryzuję w piekarniku (choć podobno, gdy wlewa się gorące to nie trzeba).

I tylko szkoda, że z 2 kg porzeczek tak niewiele wychodzi.

SMOK OD ŚRODKA

Generalnie jestem dobrze zorganizowana (z małymi wyjątkami), ale na blogu poślizg za poślizgiem. Lubię planować i zawsze realizuję swoje plany. Nie jestem też gołosłowna, choć nie zawsze wszystko robię od ręki.

Szczegóły smoczego tortu przedstawiam z dużym poślizgiem, ale przedstawiam;)


Biszkopt, który upiekłam na potrzeby tego tortu jest jednym z moich ulubionych i opisywałam go przy okazji przepisu na orzechowca, a w celu nadania mu czarniejszego koloru dodałam odrobinę czarnego barwnika.

Krem jest jednym z najłatwiejszych i gorąco go polecam. Stosuję go w sytuacjach awaryjnych i wtedy gdy potrzebuję jakiegoś pewniaka. Trudno mówić tu o dokładnym przepisie. Jeśli dobrze pamiętam wzięłam 3 opakowania mascarpone, delikatnie miksuję i dodaję skondensowanego mleka słodzonego (tak do smaku). Dla uzyskania krwisto czerwonego koloru użyłam odrobiny barwnika.

A dalej to już łatwizna;) Kroimy biszkopt na 3 części i smarujemy kremem. Zawsze smaruję jeden z blatów kwaśnym dżemem, tym razem był z czarnych porzeczek. Efekt bardzo ciekawy, bo dżemu nie widać a smak zdecydowanie był wyczuwalny. Wierzch dekorujemy masą cukrową i wstawiamy wszystko do lodówki;)

Gorąco polecam:)

czwartek, 14 lipca 2011

Smoku, smoku, smokuuu!

Zdolności plastycznych za grosz nie mam, ale nie przeszkadza mi to za bardzo. Dowodem na to mogą być torty, które od czasu do czasu popełniam. Poniżej można znaleźć doskonałe potwierdzenie powyższych słów.

Na szczęście tort zrobił oczekiwane (a może i większe;) wrażenie na gościach;) 
Przepis jest prościutki choć dla pożądanego efektu konieczne są dobre barwniki spożywcze.
Zacznę od końca, czyli od tego co widać;) Tort jest "ubrany" w masę cukrową własnej roboty. Przyznać się muszę, że nie spełniła moich oczekiwań. Ale nikt z jedzących tort o tym nie wiedział;)

Przepis na krem i biszkopt wkleję gdy znajdę;)

środa, 13 lipca 2011

Wiem, że dżem

a właściwie galaretka. Mężu wybrał się rano na zakupy i zapakował owoce do lodówki. Jakie? Sama jeszcze nie wiem;) Wczoraj ustaliliśmy, że przed zbliżającym się urlopem będzie dobrze wyprodukować trochę zapasów. Zdecydowanie nie chcemy przegapić malin i porzeczek. 
W ubiegłym roku w ramach eksperymentu zrobiłam galaretkę agrestową i jestem bardzo zadowolona z efektów. Ciekawe, czy znajdę dziś agrest w lodówce? Jeśli dziś nie znajdę, to jutro na pewno będzie czekał na mój powrót z pracy.

Nie jestem dobra w kuchennej terminologii, ale robię galaretki i dżemy. Te pierwsze są pozbawione pestek i skórek, które przecieram przez sito. Konsystencja typowo galaretowa, choć w dużej mierze zależy od mojego lenistwa. Im mniejsze lenistwo tym bardziej wysmażone przetwory i brak dodatku pektyny. I odwrotnie. Choć skłaniam się do nie wykorzystywania dobrodziejstw przemysłu;) Maliny, agrest i porzeczki przerabiam na galaretki, a morele na dżem. A, jest jeszcze mus jabłkowy i powidła ze śliwek na liście do zrobienia. Moja Mama robi jeszcze konfiturę wiśniową z własnych wiśni i dlatego ja jej nie robię. I to by było wszystko w temacie terminologii;)

Za oknem zrobiło się wręcz upalnie i ruszam się jak mucha w smole, marząc o poduszce i popołudniowej drzemce. Trzymajcie więc kciuki za dzisiejsze galaretki!

wtorek, 5 lipca 2011

NIEMOC

Gdy Mężu zapytał czy ma zjeść na mieście czy wracać prosto do domu, przeżyłam małe załamanie. Od pewnego czasu w kuchni robię głównie herbatę. Oczywiście mogę się usprawiedliwiać, że szydełkuję i krzyżykuję, ale jakoś mnie to specjalnie nie pociesza. Jakoś tak mnie nie ciągnie. Wracam zmęczona po pracy i siadam w fotelu pod kocem z herbatą w pobliżu i robótką na kolanach.

Z tego wszystkiego zakwas mi się jakoś przestał rozrastać i po wystawieniu z lodówki nie chce się porządnie rozbudzić. Jego też ogarnęła niemoc.

piątek, 10 czerwca 2011

MIKSER KULINARNY

Może to żadne pocieszenie, ale zamiast Durszlaka będę miała Mikser;)

środa, 8 czerwca 2011

DURSZLAK

Jest mi bardzo smutno, nie ma durszlaka:(

środa, 25 maja 2011

WYZNANIE

Nie muszę nawet się przyznawać, bo widać to na pierwszy rzut oka. Nie mam zacięcia do pisania bloga. Piekę i czasem nawet gotuję, głównie rzeczy smaczne i nawet fotogeniczne, ale... robienie zdjęć jedzeniu mi nie wychodzi. Nie chodzi tylko o to, że zdjęcia są kiepskie, ale głównie o brak zaangażowania. Zamiast ustawiać wszystko do zdjęcia i pstrykać, wolę usiąść spokojnie przy stole i dmuchać do uzyskania pożądanej temperatury.

Czasem planuję różne wielki przedsięwzięcia i przyznam, że zazwyczaj się udają. Mogę nawet powiedzieć, że plan na ten rok zrealizowałam. Tort angielski tada!!! 

Piekę chleb i to z coraz większym zadowoleniem i tylko wtedy gdy mi się chce. Gotuję też tylko wtedy kiedy mam chęć. W sezonie szparagowym to nawet częściej i tartę ze szparagami i kozim serem też już zaliczyłam. Nawet zdjęcie zrobiwszy nie mam chęci na wstawianie go tutaj. Tyle pięknych zdjęć jest na blogach, że wystarczy mi tego patrzenia. Pisanie pozostaje tym co lubię i może ktoś czasem tu zajrzy z czego bardzo się ucieszę, ale nie zamierzam konkurować z innymi odkąd przeglądanie blogów stało się moim nałogiem.
 

środa, 27 kwietnia 2011

POŚWIĘTNE ŻYCZENIA

spokojnego powrotu do codziennej kuchni;)

wtorek, 12 kwietnia 2011

KABACZEK CZY CUKINIA

Szukając informacji o indeksie glikemicznym trafiłam na tabelkę w której jest cukinia (IG 15) i kabaczek (IG 75), jak również "ryż paraboliczny":). Wydało mi się to dziwne, bo dla mnie te dwa warzywka są takie same i nie ma siły żebym nauczyła się je rozróżniać. Dociekliwa czasem jestem, więc zaczynam szukanie od wiki i co znalazłam? Kabaczek i cukinia to jedno i to samo, wystarczy kliknąć, dla pewności sprawdziłam w obcym języku, gdyż czasem jest więcej informacji i co się okazuje? To samo!  (klik) Mój świat nie będzie już taki sam.
Szukając dalej, dotarłam do następnej tabelki i tutaj zagadkowe warzywka mają IG po 10. 
I co dalej...?

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

RYŻ PARABOLICZNY


Lubię posiedzieć w kuchni i postać przy garach też lubię, zapasów różnych mam zawsze sporo w tym ryżów różnych również. Lubię też wiedzieć co jem. Lubię też wiedzieć co inni jedzą;)
Nagle jak grom z jasnego nieba dowiaduję się, że istnieje ryż paraboliczny. I równie nagle zapala mi się takie małe światełko, które nie pozwala wrócić do przerwanych zajęć. Jaki paraboliczny? Że niby co, taki jak parabola wygięty? A może to coś nowego, albo i starego, ale odkryte na nowo? Nie żeby zaraz kupować, ale ciekawość porzucić tematu nie pozwoliła.


Dowiedziałam się dziś i to całkiem przez przypadek, że zdarza mi się wcinać ryż paraboliczny. To, że parboiled jest napisane na opakowaniu zdążyłam zauważyć i ze stoickim spokojem przyjęłam do wiadomości, że to taki "oparzony ryż", w który ktoś już dmuchnął parą i dlatego wystarczy mu 10 minut gotowania. Takie duże uproszczenie, ale niewiele mam takiego ryżu w domu, więc wiedza ta wystarczała mi przez długi czas.

Pomyślałam, że to nie może być to samo, bo po wpisaniu w google hasła ryż paraboliczny wyskoczyło około 15,500 wyników. Mrugam i mrugam i oczom nie wierzę. Jestem do tyłu w podstawowym temacie. AAAA! Wszystkowiedząca wikipedia nie wie co to jest ryż paraboliczny. Do czego to doszło!!! Jeszcze 3 kliknięcia i...


Jakież było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że ryż paraboliczny jest najzwyklejszym ryżem parboiled i tylko niedopatrzenie, czy też nieznajomość języków, albo ostatecznie ignorancja stworzyły coś nowego, takie coś z niczego.

Nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Nie jestem mistrzem języka polskiego ani żadnego innego języka, ale inni też nie są. Moje zdolności językowe też pozostawiają wiele do życzenia, ale resztki rozumu spać jeszcze nie poszły.

Całego klikania dwie minuty i....tyle pisania potem;)